Kanadę czy Syberię kojarzymy częściej z mrozem niż wielodniowymi upałami i pożarami lasów. Trąby powietrzne to coś, co do niedawna bardziej pasowało do amerykańskich filmów katastroficznych, a nie do czegoś, co dzieje się w Czechach. Powodzie, takie jak w Niemczech czy Chinach, to kolejne elementy układanki, mającej wiele wspólnego z kryzysem klimatycznym.

Pogoda i klimat to nie to samo — to jedna z pierwszych informacji, jakie otrzymuje się zdobywając wiedzę o klimacie. W dużym skrócie — klimat to wieloletnia średnia z pogody, dająca pogląd na stan atmosfery i jej długofalowe zmiany. Zmiana klimatu to właśnie zmiana tego średniego trendu. Kiedy mówimy o konieczności ograniczenia wzrostu średniej globalnej temperatury do 2, a najlepiej 1,5 oC (w porównaniu do średniej temperatury przed rewolucją przemysłową), powinniśmy pamiętać o tym, że kiedy jako ludzkość emitujemy do atmosfery gazy cieplarniane, sami przekręcamy gałkę w tym klimatycznym termostacie.

Zmiana globalnego klimatu nie oznacza, że po prostu robi się nieco cieplej, ale że rozregulowujemy delikatny globalny system, od którego zależy stabilność warunków życia na Ziemi. Nie jest też tak, że w klimacie takim jak nasz, w Polsce, już nigdy nie wystąpi mroźny dzień — ale, że warunki do życia ulegną mniejszej lub większej destabilizacji, znacznie pogarszając jego jakość.  

Tracenie kontroli

Zajmujący się klimatem naukowcy z reguły są bardzo ostrożni we wskazywaniu na to, czy inne, wyizolowane zjawisko pogodowe jako spowodowane przez kryzys klimatyczny. Wskazują jednak, że kryzys klimatyczny ma wpływ na częstotliwość i na skalę ich występowania. W przypadku pożarów w Kanadzie okazało się wręcz — jak zauważył brytyjski dziennik „The Guardian” — że dotychczasowe modele klimatyczne wymagają skalibrowana o kolejne elementy wpływu człowieka na środowisko.

Nie dlatego, że kryzys klimatyczny nie ma miejsca — raczej dlatego, że jego skala staje się coraz bardziej niepokojąca i mamy do czynienia ze zjawiskami, na które nie byliśmy przygotowani, jak chociażby utrzymywanie się przez szereg dni upalnego klosza nad zachodnimi stanami USA i Kolumbią Brytyjską, w której zanotowano 49,6 oC, nowy rekord ciepła dla Kanady. Przez Lytton — miejscowość, w której został odnotowany — w dzień po tej obserwacji przetoczył się pożar, w którym spłonęła większa część zabudowań.

Gwałtowne zjawiska pogodowe i ich konsekwencje, to kolejny fragment klimatycznej układanki. Według danych IPCC — Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu — nawet zatrzymanie wzrostu temperatury na poziomie 1,5 oC pociągnie za sobą 100% wzrost zagrożenia powodziami, narażenie 350 milionów osób na skutki intensywnych susz w miastach, a 700 milionów — na doświadczanie fal upałów co najmniej raz na 20 lat.

Dalszy, z pozoru niewielki wzrost o pół stopnia — do poziomu 2 oC — oznaczać będzie wzrost wskaźnika zagrożenia powodziowego ze 100% do 170%, dodatkowe 60 milionów osób narażonych na efekty susz w miastach i aż 2 miliardy osób, które będą musiały przetrwać prognozowane fale upałów. Biorąc pod uwagę skalę i intensywność fali upału z roku 2003 — przetrwanie nie jbędzie przesadnym określeniem.

Przypomnijmy, że mówimy tutaj o dwóch scenariuszach, które określić można odpowiednio mianem „optymalnego” i „akceptowalnego”. Nawet one oznaczają w praktyce więcej ludzkiego cierpienia, pogłębienie innych, negatywnych trendów środowiskowych (takich jak utrata różnorodności biologicznej), a także konieczność poniesienia realnych wydatków na adaptację do zmienionego kontekstu klimatycznego.

Przypomnijmy też, że jako ludzkość, nie jesteśmy obecnie na drodze do zmieszczenia się w tym przedziale. Patrząc na dane prezentowane w UNEP-owskich raportach cyklu „Emissions Gap Report”, mierzących lukę między obecnymi trendami emisji gazów cieplarnianych, a redukcjami niezbędnymi do osiągnięcia celów paryskiego porozumienia klimatycznego z roku 2015, jesteśmy na drodze do podniesienia globalnej średniej temperatury o 3 oC do 3,5 oC. 

Kluczowa dekada

Trzymanie się tak zarysowanego „biznesu takiego jak zwykle” grozi przekroczeniem punktów granicznych, po których gwałtownie wzrasta ryzyko wejścia w szereg negatywnych sprzężeń zwrotnych, wytrącających globalny system klimatyczny z (kruchej) równowagi.

Na horyzoncie widać pewne pozytywne zmiany. Mimo pandemii koronawirusa kolejne kraje zaczęły deklarować dążenie do neutralności klimatycznej. Według danych Carbon Action Tracker, na dzień dzisiejszy, 73% emisji generowanych jest przez państwa i bloki gospodarcze, które ogłosiły taki właśnie cel. W minionych miesiącach deklaracje tego typu padły m.in. ze strony Japonii, Korei Południowej czy (do roku 2060) Chin. Cel ten stanowi również element programu politycznego prezydenta USA, Joe Bidena, którego pierwszą decyzją po objęciu urzędu prezydenta tego kraju był powrót do paryskiego porozumienia klimatycznego.

Deklaracje te jednak nie wystarczą. Po pierwsze, muszą im towarzyszyć czyny. Jak wynika z przygotowanej na potrzeby UNEP analizy, badającej pod kątem środowiskowym różnego rodzaju publiczne pakiety stymulacyjne wydane w zeszłym roku, mówienie o chroniącej ludzi i planetę „zielonej odbudowie” po pandemii to jedno, a przepływy środków to nierzadko — niestety — drugie. Według danych z raportu „Are We Building Back Better?” Jedynie 18% przeanalizowanych środków można uznać za przyczyniające się do lepszej realizacji zasad zrównoważonego rozwoju. Trudno uznać to za satysfakcjonujący wynik.

Po drugie, na pokład z bardziej ambitnymi zobowiązaniami i działaniami musi wejść jeszcze więcej rządów, ale też miast czy biznesów. Im szybciej toczyć się będzie kula śniegowa ambitnej polityki klimatycznej, tym trudniej będzie jej oponentom mówić o niej w kategorii fanaberii bogatych gospodarek czy wręcz globalnym spisku przeciwko temu czy innemu krajowi. Oczekiwania względem zwiększenia ambicji klimatycznych będą rosły wraz ze zbliżaniem się listopadowego szczytu COP26 w Glasgow.

Po trzecie wreszcie — namacalność problemu nie może przysłaniać realnych wyzwań, związanych z zapewnieniem sprawiedliwego charakteru zielonej transformacji. Uważna lektura katalogu praw człowieka oraz poważne traktowanie trzech filarów zrównoważonego rozwoju — środowiskowego, społecznego i gospodarczego — stanowić powinny kompas dla wszystkich, wyruszających w drogę do neutralności klimatycznej.

Potrzebujemy dziś ni mniej, ni więcej, tylko nowej umowy społecznej, w której znajdzie się miejsce na „zawarcie pokoju z naturą”, o co na wspólnej konferencji prasowej prezentującej raport pod tym tytułem apelowali sekretarz generalny ONZ, Antonio Guterres, oraz dyrektor wykonawcza Programu ONZ ds. Środowiska (UNEP), Inger Andersen. Zapomnienie o kompasie sprawiedliwej transformacji naraża nas na ryzyko społecznych napięć, które z kolei mogą spowalniać działania na rzecz klimatu.

Coraz więcej znaków na niebie i ziemi — i to jak najbardziej dosłownie — pokazuje nam, że na takie spowolnienie nie możemy sobie pozwolić.

 

Bartłomiej Kozek,

kierownik Działu Zielonej Transformacji w Centrum UNEP/GRID-Warszawa

 

klimat 1971 do 2021